wtorek, 28 maja

Ani Paryż, ani Pleszew

O Pleszewie, ponoć pierwszym w regionie mieście 15 minutowym, słychać już nawet w Paryżu… fot. miasto15.pl

Prezydent Jacek Jaśkowiak wszem i wobec odmienia przez wszystkie przypadki frazę „miasto 15 minutowe”. Że niby dobre miasto to takie, gdzie wszędzie jest blisko – czego by nie załatwiać, jest w zasięgu 15 minutowego spaceru, ewentualnie krótkiej przejażdżki czymś innym, niż samochód. To z pewnością nie Poznań.

Jak przykład prezydent najczęściej podaje Paryż, ale nie trzeba szukać tak daleko – w kierunku miasta 15 minutowego zmierza, z powodzeniem, wielkopolski Pleszew.

Gzie tutaj Poznań? Wygląda na to, że nigdzie, bo warunki dla tranzytu autem na łeb, na szyję, mają się w stolicy Wielkopolski świetnie. A bez zastopowania tej tendencji warunków miasta 15 minutowego nie stworzymy.

A warto pamiętać, że przez wzgląd na historię pruskiej twierdzy stolica Wielkopolski, jako miasto stosunkowo zwarte, byłaby wymarzonym wprost poligonem doświadczalnym, by z miastem 15 minutowym przynajmniej poeksperymentować.

Pierwsze miesiące prezydentowania Jaśkowiaka dawały pewną nadzieję, że Poznań stopniowo przestanie być miejscem projektowanym pod zaprzysięgłego tranzytowca – użytkownika samochodu:

Zaczęło się z przytupem: otwarciem prezydentury było otwarcie przejścia przez jezdnię z przystanku tramwajowego na dworzec, co za jego poprzednika było nie do zrobienia. Poprawiły się też warunki jazdy rowerem po centrum, choć wymalowana naprędce sieć dróg rowerowych pozostawiała sporo do życzenia.

No, i sztandarowa inwestycja Jaśkowiaka – tramwaj na Naramowice. Powstał, ale późno, w rytmie kampanii wyborczych i nie do końca taki, jak powinien, o czym za chwilę.

Na tym w zasadzie koniec.

Aktualny włodarz Poznania ma się czym pochwalić niemal tylko w najbliższym otoczeniu Urzędu Miasta, ale to w dużej mierze działania pozorne lub co najmniej niedostateczne: Uwolnienie dziedzińca Urzędu Miasta od aut posłużyło przede wszystkim samym urzędnikom, a pobliski, remontowany latami Plac Kolegiacki przestał wprawdzie być parkingiem, stał się za to kamienną pustynią. To przestrzeń niemal całkowicie niewykorzystana, pomijając okazjonalne kiermasze.

Weźmy na chwilę w nawias wykopki związane z programem centrum, bo na jego ocenę przyjdzie czas po zakończeniu prac, a więc nieprędko. Już teraz jednak widać, że obowiązuje zasada – im dalej od centrum tym gorzej.

W otaczających śródmieście dzielnicach, powstałych na początku XX wieku na bazie dawnych wsi dokończono wreszcie urządzanie stref płatnego parkowania, ale jaki jest tego efekt? Anarchia parkingowa przesunęła się odrobinę dalej. Dalej od centrum, dalej od wzroku dostojnych gości, oficjeli odwiedzających Poznań, który dobrze wyglądać ma tylko z okien gabinetu prezydenta.

Dzielnice ściśle otaczające centrum przypominają okno wystawowe – tam wyrzuca się samochody z chodników, za pieniądze z płatnego parkowania remontuje chodniki, sadzi zieleń.

grafika: miasto15.pl

Na peryferyjnych osiedlach jest tragicznie, a Miejski Inżynier Ruchu w uporem chowa głowę w piasek, gdy idzie o postulaty uspokojenia tegoż. Zielone światło ma tranzyt, walący autami z deweloperskich blokowisk do centrum przez osiedlowe ulice i z powrotem. Tam, gdzie kiedyś można było spacerować, dzisiaj tworzą się regularne korki.

Miasto nie stwarza warunków, by w dzielnicach, na osiedlach powstawały lokalne centra usług czy kultury – warunek działania miasta 15 minutowego. Zamiast tego z uporem maniaka promuje się tranzyt, zarówno przez działanie jak i zaniechanie.

Powstają też wielkie obiekty, na przykład sportowe czy rekreacyjne, które ten tranzyt wzmagają. W przypadkowych miejscach. Obowiązuje zasada: budujemy tam, gdzie akurat  jest kawał gruntu, nie martwiąc się o relacje z otoczeniem. Galerii handlowych nie przybywa chyba tylko dlatego, że już jest ich w Poznaniu zdecydowanie za dużo.

Słynny tramwaj na Naramowice to przede wszystkim przeskalowana inwestycja… drogowa. Sam tramwaj jedynie ułatwia dojazd do śródmieścia, ale przez Wilczak i zakorkowaną Teatralkę jedzie się dookoła i długo. Krótsze połączenie przez Szelągowską musi jeszcze poczekać – ciekawe, jak długo – a niemal w każdej sprawie trzeba jechać do centrum.

Wystarczy porównać trasę naramowicką ze starszą o ćwierć wieku Pestką, gdzie okolice przystanków (zwanych nieco na wyrost stacjami) zawierają choćby zalążki infrastruktury, wokół których mogły kształtować się lokalne centra, by zobaczyć, jak różne filozofie przyświecały projektantom, na co kładziono nacisk. Tu najlepiej widać, czym jest recepta prezydenta Jaśkowiaka na miasto z ludzką twarzą: działaniem pozornym i kiełbasą wyborczą, niczym więcej.

O Pleszewie, ponoć pierwszym w regionie mieście piętnastominutowym, słychać już nawet w Paryżu (na Sorbonie). Tymczasem o Poznaniu? Co najwyżej w rankingu miast najbardziej zakorkowanych.

Darek Preiss

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *