
Tym, którzy czują się zaskoczeni najazdem Putina na Ukrainę czy wreszcie kolejnymi lokalnymi wojenkami Trumpa pragnę przypomnieć, że czas wojen po zakończeniu tej zimnej biegnie od rozpadu Jugosławii.
Pisałem o tym dawno temu w tekście „Igraszki z diabłem”. Wtedy chodziło mi o najazd Serbii na sąsiednie republiki.
Wówczas to po raz pierwszy społeczność międzynarodowa – z oporami – uznała zmianę granic w Europie siłą. Była to wprawdzie wojna domowa zakończona dzięki opornej interwencji z zewnątrz, ale nie to było najważniejsze: wiosna ludów i koniec historii nie trwały długo.
Następnie był Kuwejt, ataki terrorystyczne z 11 września, które pociągnęły za sobą nieproporcjonalne i nieudolne interwencje na Bliskim Wchodzie, z udziałem państw NATO (jeszcze pod hasłem zaprowadzania demokracji), których nikt jednak nie odważył się nazwać wojnami.
Wymachiwanie szabelką by następnie w kilku przypadkach jej użyć, miało później niewątpliwy wpływ na Putina, gdy decydował się rozpętać wojnę z Ukrainą, najpierw na skalę ograniczoną (Krym i Donbas), w końcu na otwartą – najazd na inne państwo w stylu II Wojny Światowej, choć nowocześniejsze technologicznie.
Ten jawny precedens zadziałał, w niedługim czasie, jak kostka domina: wojowniczy prezydent USA uznał już na początku swojego panowania, że otwarte interwencje zbrojne poniżej, ale i powyżej progu wojny to rzecz usprawiedliwiona. Podobnie jak jawne roszczenia terytorialne.
Przez cały ten czas ewoluowało także użycie samego słowa „wojna”. Najpierw było ono wstydliwie przemilczane w odniesieniu do wszelakich „misji” czy „interwencji”, potem wypowiadane półgłosem, wreszcie – otwartym tekstem.
Korzenie Buczy tkwią w Srebrenicy. Ci, których dziś szokuje pożar, rozprzestrzeniający się jak w suchym lesie, nie powinni się dziwić.
Darek Preiss
