piątek, 5 grudnia

CPK to bzdura

wizualizacja: CPK

Zdetronizujemy takie lotniska przesiadkowe jak Londyn czy Frankfurt i staniemy się największym hubem w Europie, a kilometrów linii kolei wielkich prędkości będziemy mieć więcej niż Francja. Brzmi znajomo? Propaganda sukcesu wiecznie żywa.

Podobną gigantomanią raczył nas swego czasu, w słynnej dekadzie lat 70-tych ubiegłego wieku, niejaki Edward Gierek. Wiemy wszyscy, jak to się skończyło. Widać, tradycja w narodzie nie ginie.

Gigantomania ukąsiła obie główne siły polityczne – aktualnie panująca nam koalicja postanowiła wejść w PiS-owskie buty, i realizować chorą ideę.

Zamiast rozwiązywać realne problemy, mierzymy się, niczym Tytani, z nieistniejącymi. Bo nie jest realnym problemem to, by panowie biznesmeni mieli wybór, czy jechać do Warszawy pociągiem, czy lecieć samolotem. Oni sobie poradzą. Za pieniądze własne, nie podatnika.

Realny problem to kompletna degrengolada połączeń lokalnych. Większość mieszkańców Polski (a więc wyborców), ma problem nie z biciem rekordów prędkości, ale z dotarciem do powiatu: do lekarza, urzędu, kina (o zgrozo!) i tym podobne.

Od czasy, kiedy zaczęli nami rządzić neoliberalni doktrynerzy, począwszy od Balcerowicza a skończywszy na ekipie Tuska zlikwidowano tysiące kilometrów kolejowych połączeń lokalnych, zlikwidowano też sieć połączeń autobusowych.

Teraz trudno będzie to odbudować – zamknąć łatwo, dzieła zniszczenie dopełnią złomiarze, a odtwarzanie bezmyślnie zniszczonego to koszt o wiele większy, niż utrzymywanie nierentownych połączeń (a gdzie w Europie przewozy pasażerskie są rentowne?)

Nikt mi nie powie, że ktoś, kto ledwie wiąże koniec z końcem kupuje przechodzonego rzęcha z Niemiec, bo lubi. Kupuje, choć go na to nie stać, bo musi. Inaczej będzie przywiązany do swojej wsi czy miasteczka jak pies do budy.

Cena, którą trzeba zapłacić, by dotować połączenia lokalne, nie dopuścić do wykluczenia komunikacyjnego, to cena, którą warto zapłacić. To cena społecznego spokoju i stabilnej demokracji. W tym warto lokować miliardy, a nie w fanaberiach dla garstki koneserów.

Rządzący, siedząc we własnej bańce, nie zauważają, że piłują gałąź, na której siedzą – każda władza, która zlała elektorat socjalny, przegrywała z kretesem kolejne wybory. Miłościwie panująca nam koalicja najwyraźniej nie umie uczyć się na błędach – już kiedyś stracili w ten sposób władzę. Czyżby się łudzili, że teraz będzie inaczej? Nowy prezydent zapowiada, że prawicowa konkurencja zamierza powtórzyć ten sam błąd.

Darek Preiss

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

https://www.facebook.com/aglomeracja.net
YouTube