Wirus a sprawa polska, czyli doktryna szoku

Fot. policja.pl

Pandemia koronawirusa będzie mieć wiele, wydawałoby się, zaskakujących konsekwencji, niby nie mających nic wspólnego z medycyną, a jednak…

Kto czytał na przykład „Doktrynę szoku” Naomi Klein wie, o czym piszę: o tym, jak władza wykorzystuje sytuacje nadzwyczajne, by przeprowadzić te swoje pomysły, na które w normalnych warunkach raczej nie zyskałaby przyzwolenia, a nawet nie mogłaby o tym marzyć.

Fart Jaśkowiaka

Dobrym poznańskim przykładem jest podwyżka cen biletów MPK – dla prezydenta Jacka Jaśkowiaka i jego popleczników w Radzie Miasta pandemia przyszła w najbardziej odpowiednim momencie – na tyle szybko, by praktycznie wygasić debatę o tym antyspołecznym posunięciu. Przebieg głosowania mało kogo interesował, protesty przeszły niemal bez echa.

Zainteresowanie mieszkańców aglomeracji, których od lipca drożyzna dotknie wprost, i to bardzo boleśnie, dzisiaj skupione jest na tym, jak zaspokoić swoje podstawowe bytowe potrzeby, w miarę możliwości nie narażając się na zakażenie. Jak w ogóle żyć w czasach zarazy?

Pandemia przyszła też dostatecznie późno, by wstydliwa sesja Rady Miasta w ogóle się odbyła. Bo czy odbędą się następne, kto wie? Rady Osiedli już swoje obrady odwołują, jedna po drugiej. Jaśkowiak naprawdę miał fart.

Prezydent może zresztą osiągnąć jeszcze więcej: dotąd konieczność podwyżek uzasadniał tak, że albo to, albo cięcia kursów. A teraz może mieć i jedno, i drugie – zwalniając pokaźne środki budżetowe na znane tylko sobie (i pewnie niektórym poplecznikom) cele.

Fot. archiwum

Wszak od poniedziałku zacznie funkcjonować okrojony rozkład jazdy, czyli mniej więcej to, co miało być alternatywą dla podwyżek. Oczywiście, to rozwiązanie doraźne, wprowadzone ze względów bezpieczeństwa (słowo – wytrych, które będzie się teraz pojawiać w publicznym dyskursie bardzo często!)

Rozwiązanie doraźne, ale… prowizorki są najtrwalsze. Jeśli taka sytuacja potrwa czas dłuższy, a na razie nic nie wskazuje na cofanie się inwazji wirusa, ludzie po prostu mogą się do tego przyzwyczaić. Tramwaje jeżdżą rzadziej, ale żyje się nadal. Więc może to nie takie złe? Może w wydatkach miasta są większe potrzeby, a pasażerowie sobie poradzą, jak radzili w czasie nadzwyczajnym?

Prezydent Jaśkowiak ostatnio wykazuje niezwykłe ciągoty do rozwiązań dyktatorskich, i nazwałbym tę tendencją rosnącą. Nowe możliwości autorytarnego podejmowana decyzji mogą mu pomóc.

To tylko jeden przykładów możliwych działań władzy, by postawić na swoim zasłaniając się wyższą koniecznością.

Powyższy mechanizm może zresztą zadziałać i w drugą stronę: zaniechaniem. Stan nadzwyczajny to świetny pretekst, by zawiesić ad calendas greacas choćby te zmiany w mieście, związane z uspokojeniem ruchu, które są dobre dla wielu mieszkańców, ale nie podobają się egoistom z lobby kierowców. Niestety, wciąż u nas nazbyt wpływowego.

Wirus sojusznikiem ortodoksji

Mało kto zwrócił uwagę na to, że wojewoda wielkopolski Łukasz Mikołajczyk uchylił uchwałę Rady Miasta Poznania przyjmującą Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Samorządzie Terytorialnym. Wojewoda uczynił to zgodnie z oczekiwaniami prawicowych, ultrakatolickich środowisk, ale któż by się tym przejmował, skoro zaraza szaleje na ulicach.

Fot. policja.pl

Decyzja podlega wprawdzie kontroli sądowej, ale społeczeństwo zmęczone codziennym borykaniem się ze stanem zarazy nie znajduje wiele energii, by patrzeć władzy na ręce w takich choćby sprawach jak ta. Tymczasem to bardzo ważne.

Zjawisko nie dotyczy tylko spraw poznańskich. Ot, taki przykład ogólnopolski: odtąd msza ma pojawiać się na publicznej antenie radiowej nie raz, a dwa razy dziennie w każdą niedzielę. Ponoć na prośbę słuchaczy.

Rozumiem, że dla osób religijnych a obawiających się wirusa to poważne ułatwienie, ale czyż mało mamy kanałów radiowych i TV o wybitnie katolickim profilu? Dla mnie, jak i wielu z katolicyzmem niezwiązanych, to kolejna faza przemocy symbolicznej Kościoła katolickiego, czyniącego sobie Polskę państwem poddanym. Jeszcze jeden drobny kroczek w wiadomym kierunku.

To symboliczne wchodzenie do mojego domu bez zaproszenia. Bo chodzi o program o charakterze ogólnym. Anteny specjalistyczne jak np. sporty walki czy erotyczne trzeba traktować inaczej: Nie interesuje mnie = nie słucham, nie oglądam.

Teraz będą musiał chodzić po domu z pilotem i co jakiś czas wyłączać radio albo telewizor. Albo w ogóle z nich zrezygnować. Co więcej, do gwałtownego religijnego rozbudzenia dołączają inne, także lokalne stacje radiowe i telewizyjne,a  ostatnio również portale informacyjne. Pojawiają się też transmisje innych rodzajów nabożeństw.

Fot. Wielkopolska Straż Pożarna

Pewnie nie reagowałbym tak alergicznie na to zjawisko (wszak mamy kryzys, ludzie szukają pocieszenia, itp. – potrafię to zrozumieć) gdyby nie to, jak kler katolicki poczyna sobie w Polsce pod ponad 30 lat. Bo pierwsze próby zdobywania przyczółków państwa wyznaniowego były widoczne już w połowie lat 80 tych XX wieku.

W którą stronę to pójdzie?

Gdy już mowa o mediach – koronawirus niezwykle pomógł pewnej stacji radiowej zamaskować odejście albo wyrzucenie kilku ważnych dziennikarzy. Wystarczyło zmienić ramówką na kryzysową, kilka mniejszych nazwisk zapewne na tym wypłynie.

Nie zdziwiłbym się też, gdyby doraźne zamknięcia sklepów posłużyły jako pretekst do zaostrzenia zakazu handlu w niedziele i święta. Choć z niektórych informacji wynika, że może być wręcz odwrotnie.

I jeszcze kwestia cen – w warunkach wirusowego szoku poszybowały do góry. Gorzej, że gdy sytuacja się uspokoi, mogą już takie pozostać. Biznes też umie posługiwać się doktryną szoku.

Nie wspominam już  nawet o tym, jakie skutki może mieć to, że państwo “przyzwyczai” nas do ograniczania zgromadzeń. I może zacznie robić to, na przykład, prewencyjnie.

Bywają i pozytywne zjawiska: okazało się, że w ciągu doby można w całym Poznaniu wyłączyć upierdliwe i ciągle psujące się przyciski przy sygnalizatorach na przejściach dla pieszych. Wcześniej przez lata nie dało się nijak choćby tylko zredukować skali ich występowania. Przepustowość ulic dla aut była ważniejsza niż wygoda pieszych.

Może nauczymy się wreszcie załatwiać różne sprawy zdalnie, a poziom kompetencji, gdy idzie o korzystanie z technologii cyfrowych wreszcie się wśród Polaków podniesie? Pozwoli to ograniczyć przemieszczanie się z byle i bez powodu, ciągnąc są sobą chmurę smogu.

Podobnie z urzędami – nagle okazuje się, że można zdalnie załatwić sprawy które przez dziesięciolecia wymagały osobistych wizyt i wystawania w kolejkach, przy okazji obciążając systemy transportu, no bo jakoś do urzędu dojechać trzeba. To akurat mogłoby zostać na stałe.

To na razie na tyle. Celowo nie wymieniam więcej przykładów. Jestem pewien, że wiele nasunie się nam w najbliższych dniach. Bo pokusa ogromna.

Fot. archiwum

Władze muszą mieć, niestety, możliwość wprowadzania nadzwyczajnych środków w nadzwyczajnych sytuacjach. Niestety, od konieczności do wygodnego dla rządzących nadużycia droga niedaleka, nieraz ot, zaledwie subtelny kroczek.

Może się okazać, że gdy fala zachorowań wreszcie opadnie (kiedy?) obudzimy się w mieście czy kraju zupełnie innym, niż żyliśmy dotąd. Nie ma, niestety,  żadnej gwarancji, że będą to zmiany na lepsze. Nie znaczy to, na szczęście, że muszą być na gorsze.

Ze zrozumiałych względów zawieszone są różne swobody obywatelskie, jak prawo do zgromadzeń. Może się też okazać, że na wybory prezydenckie przyjdzie jeszcze poczekać. Ale nic nie zwalnia obywateli z obowiązku patrzenia władzy na ręce.

Obawiam się, że życie może przerosnąć kabaret. A czym to wszystko się skończy? Zobaczymy, na ile sensowne wnioski i doświadczenia wyciągniemy z obecnej sytuacji. Na ile będziemy w stanie, mimo ciężkich czasów, patrzeć władzy na ręce. Bo właśnie teraz, w chaosie, kształtują się rozwiązania i przyzwyczajenia, które z tego chaosu wyłonią się jako nowe ramy naszego życia.

Darek Preiss

Czy pandemia koronawirusa COVID - 19 zmieni świat, jaki dotad znaliśmy?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *